Życie nie jest projektem do zrealizowania

Mam czasem wrażenie, że żyjemy w epoce niekończących się projektów.

Projekt: kariera.

Projekt: związek.

Projekt: rozwój osobisty.

Projekt: zdrowie.

Projekt: własne szczęście.

Wszędzie słyszymy, że warto mieć plan. Wyznaczać cele. Mierzyć postępy. Optymalizować. Usprawniać. Stawać się coraz lepszą wersją siebie.

I jest w tym sporo sensu.

Problem zaczyna się wtedy, gdy podobnie zaczynamy traktować samych siebie.

Jak projekt do zrealizowania.

Jak coś, co ciągle wymaga poprawiania.

Jeszcze trochę schudnąć.

Jeszcze trochę popracować nad pewnością siebie.

Jeszcze lepiej stawiać granice.

Jeszcze skuteczniej zarządzać emocjami.

Jeszcze bardziej być sobą.

Brzmi znajomo?

Przez pewien czas sama wierzyłam, że rozwój polega głównie na tym, żeby stale coś naprawiać.

Aż zaczęłam zauważać, jak wielu ludzi jest zwyczajnie zmęczonych.

Zmęczonych ciągłą pracą nad sobą.

Zmęczonych poczuciem, że zawsze jest coś do poprawienia.

Zmęczonych przekonaniem, że dopiero gdy osiągną określony poziom świadomości, spokoju albo samoakceptacji, będą mogli wreszcie odetchnąć.

Tylko że życie nie działa w ten sposób.

Nie jest egzaminem, który można zdać raz na zawsze.

Nie jest listą zadań do odhaczenia.

Nie jest projektem, który pewnego dnia zostanie ukończony.

Życie bardziej przypomina drogę.

Czasem wiemy, dokąd zmierzamy.

Czasem nie.

Czasem idziemy pewnie.

Czasem kręcimy się w kółko.

Czasem wracamy do tych samych pytań, które wydawały nam się już dawno rozwiązane.

I to też jest częścią ludzkiego doświadczenia.

Myślę, że jednym z największych nieporozumień współczesnego rozwoju osobistego jest przekonanie, że naszym zadaniem jest nieustannie stawać się kimś lepszym.

A co, jeśli część tej pracy polega po prostu na tym, żeby coraz lepiej poznawać tego człowieka, którym już jesteśmy?

Nie po to, żeby go naprawiać.

Nie po to, żeby go ulepszać.

Ale po to, żeby go zrozumieć.

Możliwe, że nie potrzebujemy kolejnego planu rozwoju.

Możliwe, że potrzebujemy odrobiny więcej życzliwości wobec samych siebie.

Trochę mniej presji.

Trochę mniej porównywania się.

Trochę mniej przekonania, że wszystko zależy od naszej skuteczności.

I trochę więcej zgody na to, że czasami można się zgubić.

Można nie wiedzieć.

Można mieć gorszy dzień, gorszy miesiąc, a nawet gorszy rok.

To nie oznacza, że coś poszło nie tak.

To oznacza tylko tyle, że jesteśmy ludźmi.

Nie znam sposobu na idealne życie.

I szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy chciałabym go znać.

Mam za to coraz większe przekonanie, że życie nie jest projektem do zrealizowania.

Jest czymś znacznie bardziej chaotycznym, nieprzewidywalnym i niedoskonałym.

I to stanowi o jego pięknie.