Nie takim zwykłym zmęczeniem.
Raczej cichym pytaniem gdzieś z tyłu głowy:
„Czy ja naprawdę muszę się jeszcze bardziej rozwijać?”
Bo czasem wygląda to tak, jakby człowiek był projektem do nieustannego ulepszania.
Kolejna książka.
Kolejny kurs.
Kolejna lista rzeczy, nad którymi warto „popracować”.
Pracuj nad swoimi przekonaniami.
Popraw komunikację.
Uzdrów wewnętrzne dziecko.
Uwolnij blokady.
I gdzieś w tym wszystkim pojawia się moment, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać:
czy ja naprawdę jestem aż tak bardzo niedokończony?
Dlaczego rozwój osobisty potrafi męczyć
Idea rozwoju osobistego sama w sobie nie jest niczym złym.
Naturalne jest to, że chcemy lepiej rozumieć siebie.
Że chcemy żyć bardziej świadomie.
Że chcemy budować dobre relacje.
Problem zaczyna się wtedy, gdy rozwój zaczyna przypominać niekończący się projekt naprawczy.
Psychologowie mówią czasem o czymś, co można nazwać „kulturą permanentnego ulepszania siebie”.
W tej kulturze zawsze jest coś, co można jeszcze poprawić.
Twoje emocje.
Twoje nawyki.
Twoje granice.
Twoje przekonania.
Twoją produktywność.
Twoją duchowość.
Na pierwszy rzut oka wszystko to brzmi bardzo sensownie.
Ale jeśli przyjrzeć się temu bliżej, pojawia się pewien paradoks.
Bo jeśli przez cały czas pracujemy nad sobą, żeby w końcu stać się „lepsi”…
to znaczy, że gdzieś w środku nosimy przekonanie, że tacy, jacy jesteśmy teraz, nie jesteśmy wystarczający.
A to bardzo trudne miejsce do życia.
Bo wtedy nawet rozwój przestaje być ciekawością siebie.
Zaczyna być próbą naprawienia czegoś, co uznaliśmy za wadliwe.
Jak łatwo zgubić siebie w procesie rozwoju
Jest jeszcze jedna rzecz, która dzieje się czasem w świecie rozwoju osobistego.
Człowiek zaczyna coraz więcej wiedzieć o sobie.
Zna swoje style przywiązania.
Rozumie mechanizmy obronne.
Wie, jakie schematy wyniósł z dzieciństwa.
A jednocześnie… czasem coraz trudniej mu po prostu być sobą.
Bo nagle pojawia się mnóstwo pytań:
Czy ja teraz reaguję świadomie?
Czy to jest mój cień?
Czy to jest mój wzorzec z dzieciństwa?
Czy to jest moje ego?
W pewnym momencie człowiek może zacząć czuć się trochę tak, jakby sam był dla siebie projektem terapeutycznym.
I wtedy pojawia się zmęczenie.
Nie dlatego, że rozwój jest zły.
Raczej dlatego, że przestaliśmy pozwalać sobie po prostu być ludźmi.
Historia, która zdarza się bardzo często
Kiedyś na jednym ze spotkań rozwojowych usłyszałam zdanie, które bardzo zapadło mi w pamięć.
Jedna z kobiet powiedziała:
„Ja już naprawdę dużo nad sobą pracowałam.
Terapia, warsztaty, kursy.
I czasem mam wrażenie, że im więcej wiem o sobie, tym bardziej widzę, ile jeszcze jest do naprawienia”.
A potem dodała coś jeszcze.
„Czasami marzę o tym, żeby przez chwilę nie musieć się rozwijać”.
W grupie zapadła cisza.
Bo wiele osób bardzo dobrze rozumiało to uczucie.
To nie było zmęczenie poznawaniem siebie.
To było zmęczenie ciągłym poczuciem, że jeszcze nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy być.
Może rozwój nie polega na ciągłym poprawianiu siebie
Z czasem zaczęłam patrzeć na rozwój trochę inaczej.
Nie jak na projekt naprawczy.
Raczej jak na proces powrotu do siebie.
Bo wiele rzeczy, które próbujemy w sobie „naprawić”, wcale nie są wadami.
Czasem są po prostu częścią naszej ludzkiej natury.
Wrażliwość.
Niepewność.
Potrzeba bliskości.
Lęk przed odrzuceniem.
Czasem rozwój polega nie na tym, żeby się ich pozbyć.
Ale żeby zrozumieć je i nauczyć się z nimi żyć.
Bez nieustannej walki z samym sobą.
Kilka pytań do refleksji
Jeśli zdarza ci się czuć zmęczenie rozwojem osobistym, może warto zadać sobie kilka prostych pytań.
Nie po to, żeby znaleźć idealne odpowiedzi.
Raczej po to, żeby na chwilę się zatrzymać.
- Czy rozwijam się z ciekawości siebie, czy raczej z poczucia, że powinienem lub powinnam być kimś lepszym?
- Czy potrafię czasem pozwolić sobie po prostu być takim człowiekiem, jakim jestem teraz?
- Czy rozwój pomaga mi być bliżej siebie, czy raczej sprawia, że coraz częściej czuję się niewystarczający?
- A może najważniejszym krokiem w rozwoju jest czasem…
zrobienie przerwy od poprawiania siebie?
Bo paradoks polega na tym, że kiedy człowiek przestaje bez końca próbować siebie ulepszać, często zaczyna się dziać coś ciekawego.
Pojawia się więcej spokoju.
Więcej życzliwości wobec siebie.
Więcej miejsca na prawdziwe życie.
I wtedy rozwój przestaje być projektem naprawczym.
Zaczyna być czymś znacznie bardziej naturalnym.
Naturalnym jak kiełkowanie nasionka.
Spokojnym, organicznym wzrastaniem.
Cichym momentem, w którym pojawia się pierwszy kwiat.
