Niektóre filmy ogląda się dla przyjemności.
Inne zostają z nami długo po napisach końcowych.
„Psie pazury” należą do tej drugiej kategorii.
To nie jest film, który próbuje nam się spodobać. Nie prowadzi widza za rękę. Nie daje prostych odpowiedzi. Przez większość czasu mamy wręcz wrażenie, że patrzymy na ludzi, którzy nie potrafią powiedzieć tego, co naprawdę czują.
Może właśnie dlatego ten film jest tak poruszający.
Patrząc na Phila Burbanka, głównego bohatera, trudno go polubić. Jest chłodny, pogardliwy, okrutny. Rani innych ludzi, zanim oni zdążą zranić jego.
Ale im dłużej oglądałam ten film, tym mniej widziałam w nim okrutnego człowieka, a coraz bardziej przestraszonego chłopca, który wiele lat temu nauczył się, że nie wolno mu być sobą.
Że pewne uczucia są niebezpieczne.
Że wrażliwość jest słabością.
Że aby przetrwać, trzeba ukryć prawdziwego siebie pod grubą warstwą siły, ironii i pogardy.
Czasami spotykam osoby, które przez lata funkcjonowały w podobny sposób.
Nie dlatego, że są złe.
Nie dlatego, że chcą krzywdzić innych.
Po prostu przez lata ukrywały te części siebie, które wydawały się zbyt wrażliwe, zbyt inne albo zbyt niebezpieczne, aż w końcu same przestały wiedzieć, kim naprawdę są…
Z zewnątrz wyglądają na silne.
W środku bywają bardzo samotne.
Myślę, że właśnie o tym są „Psie pazury”.
O cenie, jaką płacimy za życie w niezgodzie ze sobą.
O tym, jak wiele energii kosztuje ukrywanie własnej wrażliwości.
O tym, że człowiek może zbudować wokół siebie bardzo szczelny mur i jednocześnie rozpaczliwie pragnąć bliskości… Im dłużej przyglądałam się Philowi, tym trudniej było mi widzieć w nim wyłącznie człowieka, który krzywdzi innych.
To nie jest komfortowy film.
Ale czasami najbardziej potrzebujemy takich historii.
Historii, które nie pozwalają nam oceniać zbyt szybko.
Które przypominają, że pod tym, co widoczne na powierzchni, często kryje się coś znacznie bardziej kruchego.
Po seansie zostało ze mną jedno pytanie:
Ile z tego, kim jestem dzisiaj, jest naprawdę moje?
A ile powstało po to, żeby zdobyć akceptację, uniknąć odrzucenia albo po prostu przetrwać?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Ale mam wrażenie, że warto je sobie od czasu do czasu zadać.
